Co mnie podkusiło?
Gdy doszłam do około jednej czwartej pracy, zaczęłam się zastanawiać, co mnie właściwie podkusiło. To chyba taki krytyczny moment, który często pojawia się podczas pracy nad dużymi projektami - projekt jest już zbyt zaawansowany, żebym chciała go porzucić, ale jednocześnie wciąż jego wygląd nie potwierdza, że wysiłek się opłaci. Dokończenie wisi przez chwilę na włosku, wydaje się wtedy niemal niemożliwe.
Ale zacznijmy od początku.
Zazwyczaj w wakacje staram się spróbować czegoś nowego - jakiejś nowej techniki, innego podejścia. Dwa lata temu rzuciłam się na głęboką wodę i zaczęłam uczyć się tkactwa - najpierw na krosnach ludowych. Już na drugim kursie utkałam na krośnie wielonicielnicowym piękny szal. Technika ta niestety nie jest łatwa do wykorzystania w domu - krosna ludowe zajmują sporo miejsca. To zajęcie dla naprawdę zdeterminowanych.
Idąc za ciosem, rok temu zaczęłam tkać gobeliny na prostych ramkach. Ta technika jest już dużo bardziej przystępna, ponieważ ramka nie zajmuje tak wiele miejsca. Efektem moich prób są dwa małe gobeliny - Zimowy kot i Czerwone jabłuszko. Ten ostatni będzie można obejrzeć podczas Ogrodów Sztuki 2026 w Domu Kultury w Starych Babicach. Jeżeli tam będziesz, koniecznie podejdź i przywitaj się.
Podejmując tegoroczne wakacyjne wyzwanie, postanowiłam utkać znacznie większy gobelin o wymiarach 80 × 120 cm, na podstawie zdjęcia mojego ulubionego fotografa dronowego, Marcina Giby. Przełożenie fotografii na język tkaniny jest zawsze bardzo ciekawym procesem. Poszukuje się nie tylko odpowiednich kolorów, ale także środków wyrazu, które można wykorzystać w takiej interpretacji. W tym przypadku postanowiłam wzbogacić pracę o większe poczucie przestrzeni, wykorzystując w części kompozycji splot dywanowy.
Jeżeli kiedykolwiek próbowałaś tkać, to wiesz, jak bardzo pracochłonne jest to zajęcie. Praca jest dość stonowana kolorystycznie, więc znalezienie odpowiednich odcieni okazało się kolejnym wyzwaniem. Postanowiłam więc po raz pierwszy w życiu ufarbować wełnę do tkania. Wyciągnęłam zestaw do farbowania indygo, który kupiłam kilka lat temu i który cierpliwie czekał na swoją szansę. Mam wrażenie, że wszystko, co tylko było możliwe, zrobiłam na opak. Efekt jest jednak taki, że pracuję na własnoręcznie farbowanych włóczkach - zainspirowana dokonaniami wielkich dam tkaniny artystycznej: Magdaleny Abakanowicz, Eleonory Plutyńskiej czy Krystyny Wojtyny-Drouet. Ta ciepła myśl bardzo krzepi i zachęca do dalszego wysiłku.
Na szczęście wiem już z doświadczenia, że wystarczy usiąść do pracy jeszcze kilka razy. Zawiązać jeszcze kilka nici i powoli zaczyna się dostrzegać sens kolejnych godzin spędzonych przy ramie. Nagle okazuje się, że ten niemożliwy do ukończenia gobelin jednak powoli rośnie. Odnajduje się rytm w wiązaniu nici, skupia na powtarzalnych ruchach i nagle cel sam w sobie zanika. Jest tylko tu i teraz. To pomaga i odpręża. Zdejmuje z ramion presję.
Dodatkową przeciwnością w tym roku okazała się pogoda. Kiedy wychodzi słońce, robi się nieznośnie gorąco, a kiedy niebo zasnuwają chmury, nagle robi się zadziwiająco zimno. Trudno mi się odnaleźć w takich skrajnościach. Chyba pierwszy raz odczuwam pogodę jako sprzymierzeńca/utrapieńca procesu twórczego. Gdy pogoda nie wybija się na pierwszy plan, dużo łatwiej pracować nad kolejnymi wątkami. Na szczęście gobelin, całkowicie obojętny na moje narzekania, rośnie sobie powoli dalej.
A ty odkładasz szycie/tkanie/malowanie na wakacje czy właśnie wtedy rzucasz się w wir twórczości jakby jutra miało nie być?

